|
|
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| Zapomniana historia. Mennonici i Luteranie w gminie Bodzanów Ślady osadnictwa holenderskiego, którego pozostałości widoczne są do dnia dzisiejszego na terenie gminy Bodzanów znajdują się w zaniku. Już niedługo jedynym świadectwem ich obecności w terenie będą tylko sztucznie usypane pagórki i polne drogi gęsto obsadzone wierzbami. Wygląd wsi zmienia się z dnia na dzień i chociaż padają ostatnie relikty tej architektury to jest jeszcze możliwość uratowania choćby jednego obiektu, jako dowodu 200 letniej historii nadwiślańskich obszarów gminy Bodzanów. Warto rozważyć możliwość wykupienia zagrody „olęderskiej” i utworzenie w niej mini skansenu z wystawą sprzętów, narzędzi i prezentacją niewątpliwego wpływu tego zjawiska na oblicze obecnych wsi nadwiślańskich. Krokiem w tym kierunku był projekt Koła Historycznego przy Publicznym Gimnazjum w Bodzanowie pod tytułem „Pogranicze daleko od granic”. W czasie jego realizacji uczniowie odkryli „nieznaną” historię swojej gminy. Projekt obejmował badanie historii holenderskich mennonitów jak też przybyłych na ich miejsce w początku XIX wieku kolonistów niemieckich. Tu warto zaznaczyć że termin „Olęder” nie oznacza wcale konkretnej narodowości lecz określa pewien sposób gospodarowania i pracy w określonych warunkach. Historia Olędrów w gminie Bodzanów to historia dwóch wsi: Białobrzegów i Kępy Niemieckiej. Pierwsza wzmianka o Białobrzegach pochodzi z 1319 r. wtedy to Mikołaj kasztelan wyszogrodzki, założyciel rodu Grzymalitów, otrzymał tę wieś na własność. W XVI w. osada miała kilka włók i niewielu poddanych, do końca XVIII w. pozostawała porośnięta lasem, aż do momentu gdy sprowadzono tu kolonistów holenderskich. W wyniku ich pracy powstała wieś rzędowa z zabudową rozlokowaną w dwóch liniach. W tym samym czasie Holendrzy zasiedlili nieistniejącą już dziś wieś Kępę Holenderską (pod taką nazwą występuje na Mapie Gilly-Crona-1796 r.) potem nazywaną Kępą Niemiecką (Mapa Kwatermistrzostwa-1830). W 1882 r. miała 19 domów i 183 mieszkańców oraz 486 morgów. Zgodnie z założeniami religii mennonitów, którą cechowała duża hermetyczność w ramach jednej wsi, w każdej wiosce zakładano domy modlitwy i cmentarze. Na terenie dawnej wsi Kępa Niemiecka do dziś zachowały się tylko nieliczne szczątki dawnych nagrobków, a na terenie wsi Białobrzegi pozostałości dwóch cmentarzy i budynek domu modlitwy ze szkołą. Jak pisze Jerzy Szałygin pierwsza fala osadnictwa holenderskiego na obszarze środkowej Wisły nie trwała długo. Na terenie dzisiejszego powiatu płockiego Holendrzy pozostawali najczęściej nie dłużej niż trwał jeden kontrakt, bowiem w tym samym czasie dzięki dekretom cesarza Józefa II i carycy Katarzyny II powstały dogodne warunki do kolonizacji terenów Ukrainy, Powołża i Wołynia. W wyniku tej migracji w początku XIX w. pierwsi holenderscy osadnicy zostali zdominowani przez osadników pochodzenia niemieckiego. Również język holenderski został wyparty z życia codziennego i religijnego. W początku XIX w. na omawianym obszarze osadnicy posługiwali się w życiu codziennym językiem plattdeutsch, natomiast w życiu religijnym hochdeutsch. Przez cały XIX w. na obszarze wspomnianych wsi trwała systematyczna kolonizacja niemiecka. Sprzyjały temu wydarzenia polityczne końca XVIII w. Drugi rozbiór i włączenie obszaru gminy Bodzanów pod panowanie pruskie ugruntowało ten proces. W 1804 roku powstaje urząd parafialny dla wyznania ewangelicko-augsburskiego w Płocku i poświęcony kościół. W 1842 r. wzrost liczebny osadników wyznania ewangelickiego doprowadził do otwarcia szkoły i domu modlitwy w Białobrzegach. Miejsce osiedlenia w pobliżu rzeki i lasów wymuszało specyficzny sposób zakładania gospodarstw i rozplanowania zabudowy, dlatego wygląd wsi mimo opuszczenia jej przez Holendrów i zasiedlenia przez Niemców nie ulegał zmianie. Podobne były również codzienne zajęcia: hodowla bydła, wyplatanie wikliny, zakładanie sadów, prace melioracyjne itp. Dlatego ci Holendrzy, którzy nie wyemigrowali ulegli asymilacji przez niemieckich sąsiadów. Kontakty między Olędrami i miejscową ludnością były dobre, rozwijała się wymiana towarowa i kontakty sąsiedzkie. Jeszcze w sierpniu 1939 roku, a więc w czasie wzmożonej antypolskiej działalności pastora Schendla, na pogrzebie kpr. Ignacego Grafowskiego w bodzanowskim kościele, grała orkiestra dęta z Białobrzegów. Propaganda nazistowska znalazła jednak wielu zwolenników wśród mieszkańców tych nadwiślańskich wsi . W sierpniu 1939 roku na Kępie pod Wyszogrodem odbył się zjazd zwolenników NSDAP. Na barkę w Kępie Polskiej wsiadło wtedy kilkadziesiąt osób podążających na zlot, śpiewając po drodze nazistowskie pieśni. Wśród nich byli miejscowi koloniści i przybysze z Niemiec. Dużą rolę w propagowaniu nazizmu w powiecie płockim odegrał wspomniany płocki pastor Adolf Schendel, zagorzały fanatyk Hitlera. W czasie okupacji niektórzy koloniści wykazali się wrogością wobec polskich sąsiadów. Wszystko to razem sprawiło że na trwający 200 lat proces osadnictwa i wspólnej koegzystencji Olędrów i Polaków w gminie Bodzanów, patrzymy przez pryzmat lat bezpośrednio poprzedzających wybuch drugiej wojny światowej i lata okupacji. Po zakończeniu wojny zarówno niemieckie jak i menonickie gospodarstwa zostały potraktowane jako mienie poniemieckie i na tej podstawie przekazane bezrolnym lub małorolnym chłopom z innych wsi. W wielu przypadkach przejęte w ten sposób gospodarstwa upadły, ich nowi właściciele nie potrafili żyć tak jak Olędrzy i dostosować się do sił przyrody a nie walczyć z nimi. Z. Leszczyński |
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
Zbigniew Krajewski-Pracownia Etnograficzna im. Witolda Dynowskiego, IEiAK UW.
„Walkę trudną podjąłem w świecie waszym, a była ona z łaski Bożej…….” [1]-krótka historia osadnictwa holenderskiego na Mazowszu. Z monotonni nadwiślańskiego pejzażu Mazowsza raz po raz można dostrzec pagórki, na których stoją domy różniące się od dobrze nam znanych chłopskich chałup. Spotkać można opuszczone cmentarze, zamknięte kościoły o prostej architekturze i skromnym wnętrzu, zniszczone i przez nikogo nieużytkowane. Kim byli ludzie, którzy mieszkali w tych domach? Skąd przybyli na te ziemie i co się z nimi stało? Te pytania zadaje sobie każdy komu bliska jest tradycja i historia tych terenów. A jest to historia bardzo interesująca, mówiąca o różnorodności kulturowej naszego kraju. Czas rozwiązać zagadkę i opowiedzieć historię, której początek sięga XVI wieku. Bohaterami naszej opowieści są przybyli z Niderlandów i sąsiadującej z nimi Fryzji osadnicy Holenderscy zwani „Olendrami”. Pierwsze wsie zakładali na Żuławach Wiślanych. Przywykli oni do zamieszkiwania w swej ojczyźnie na terenach podmokłych, często zalewanych przez wodę. Do perfekcji opanowali sztukę melioracji i umiejętność życia w miejscach niesprzyjających ludzkiej gospodarce. Potrafili dzięki ciężkiej pracy i posiadanej wiedzy „oswoić” rzekę. Wykorzystywali jej życiodajną moc. W XVI w. ziemie podmokłe traktowane były jako nieużytki, w Polsce nieznano technik ich osuszania i zagospodarowywania. Nowymi przybyszami, którzy mieli osuszyć i zasiedlić podmokłe i zalewane okresowo przez rzeki tereny byli mennonici. Była to grupa religijna po przywództwem Mennona Simmonsa, który w okresie reformacji zapoczątkował religijno-społeczny ruch będący pokojowo nastawionym odłamem anabaptystów. Menonici wyznawali, że: 1. Chrzest może przyjąć osoba dorosła, świadoma swojej wiary - chrzest jest potwierdzeniem przynależności do społeczności mennonitów i kroczeniu ku zbawieniu. 2. Między członkami kościoła panowała zasada równości i braterstwa - dzielenie się posiadanymi dobrami w duchu braterskiej pomocy było obowiązkiem każdego członka społeczności. 3. Wspólne uczestnictwo wiernych we mszy w zborze - przez nie dokonuje się związek człowieka z Bogiem. 4. Odrzucenie walki z bronią w ręku - zasada miłości i pokojowego rozwiązywania wszystkich konfliktów 5. Władzy państwowej nie należy się sprzeciwiać, gdyż pochodzi ona od Boga. 6. Odrzucali przysięgę i nie pełnili żadnych urzędów, by nie narazić się na służenie złu. Żyli w zamkniętych społecznościach, a ich życie charakteryzowała skromność i dochowanie wiary. Na co dzień ubierali się skromnie i używali prostych sprzętów. Nie palili tytoniu, nie pili alkoholu, nie urządzali zabaw tanecznych. Jeśli kogoś przyłapano na łamaniu tych zasad usuwano go poza obręb społeczności. Głową rodziny był ojciec. Żona opiekowała się domem i dziećmi, kobiety spędzały dzień na modlitwie i pracy. Ubiór kobiecy był bardzo skromny: ciemna spięta na haftkę sukienka, na niej fartuch. Na głowie czepek. Sukienka pozbawiona była guzików i kieszeni, co miało symbolizować rezygnację z dób materialnych i skierowanie się ku Bogu. Mennonitów cechowała solidarność wewnątrz grupowa, równość i współodpowiedzialność. Współwyznawcy, których spotkało nieszczęście mogli liczyć na pomoc innych członków społeczności. Pomagano również ludziom chorym, zniedołężniałym i starym. Nikt nie zostawał pozbawiony pomocy. Członkowie gminy łamiący te surowe zasady byli wykluczani poza obręb społeczności. Wszyscy członkowie gminy byli równi. Na czele stał „starszy gminy”, wybierany przez jej członków. Urząd „starszego” pełniony był bezpłatnie, jego autorytet moralny był ogromny. Był przewodnikiem duchowym, przestrzegał by życie toczyło się zgodnie z tradycją i zasadami wyznawanej wiary. Był sędzią, odprawiał nabożeństwa, chrzcił, udzielał ślubów, oprawiał pogrzeby. Decydował o przyjęciu nowych członków do wspólnoty. Dysponował klątwą, największą sankcją wobec członków społeczności mennonickiej. W każdej gminie mennonickiej była prowadzona szkoła. Uczono w niej oprócz czytania, pisania i liczenia także zasad wiary. Tak zorganizowana grupa tworzyła samowystarczalną społeczność, z czasem w znacznym stopniu izolującą się od świata zewnętrznego. Wyznawane przez nich zasady wiary, a szczególnie pacyfizm i życie w zamkniętej wzorowanej na gminach pierwszych chrześcijan grupach, przysparzało im wielu wrogów zarówno wśród katolików jak i protestantów. Mennonici zmuszeni zostali do opuszczenia Północnych Niemiec, Fryzji Niderlandów. Do przybyciu Mennonitów do Polski - kraju, który w ówczesnej Europie słynął ze swobód religijnych. Przyczynił się do tego najprawdopodobniej kanclerz Jan Łaski- najwybitniejsza postać polskiej myśli reformacyjnej. Zagwarantowano im swobodę wyznawania swojej religii i możliwość osiedlenia się na bardzo korzystnych warunkach. Już od 1525 roku na Żuławy Wiślane i Pomorze Gdańskie napłynęła fala osadników holenderskich. Zagwarantowano im długoterminową dzierżawę gruntów (30 lat), (powtarza się) od 1-7 lat wolnizny mogli swobodnie opuszczać grunt i rozbierać gospodarstwo, sprzedawać płody rolne i hodowane bydło. Posiadali prawo warzenia, na własny użytek piwa, przemiału zboża, budowania zajazdów z prawem wyszynku Osiedlaniu się na ziemiach królestwa Polskiego sprzyjała wprowadzona w 1573 roku Konfederacja Warszawska, która zapewniała innowiercom osiedlającym się na terenie Rzeczypospolitej wolność wyznania. Stwierdzić możemy, że na rozwój osadnictwa holenderskiego miały wpływ dwa podstawowe przyczyny 1. Prześladowania religijne w Niderlandach oraz swoboda i tolerancja religijna w Polsce. 2. dążenie do wykorzystania gospodarczego ziem dotychczas nieużytkowanych: mokradeł, terenów zalewanych przez rzeki, pustkowia. Sukcesy „Olędrów” (tak ich nazywano) w osuszaniu i zagospodarowywaniu Żuław zachęcały do osiedlania ich w innych miejscach, a szczególnie wzdłuż Wisły, coraz dalej na południe. Dzięki ich umiejętnościom i wiedzy osuszono i zagospodarowano Dolinę Wisły. Osadnicy holenderscy dotarli na Mazowsze XVIII wieku. Pierwsza grupa została sprowadzona na nadwiślańskie tereny zalewowe do dóbr kazańskich. Niestety ślady tamtejszego osadnictwa są bardzo ubogie. Kazuń Niemiecki powstały w 1764 roku był w całości wsią zasiedloną przez Mennonitów. Kolejne mazowieckie wsie gdzie „Olędrzy” stanowili znaczącą większość to Sady, Wymyśle, Świniary. Tam budowali swoje domy, zbory. Druga fala kolonizacji holenderskiej Mazowsza przypadła na lata 1800-1806. W tym czasie powstała większość mennonickich wiosek: Sycymin Niemiecki, Nowe Grabie k. Dobrzykowa, Zyck Niemiecki i inne. Lata 60-te XIX w. to koniec osiedlania (kogo) na prawie holenderskim na Mazowszu. W Polsce mennonici zamieszkiwali do 1945 roku. Wojna i ustalenia Konferencji Jałtańskiej doprowadziły do całkowitego wysiedlenia mieszkańców olęderskich wsi. Tak zakończyła się „polska przygoda” ludzi, którzy wybrali ziemie polskie jako swoją ojczyznę. Jak wyglądała wieś holenderska na Mazowszu? Wieś zamieszkała przez osadników holenderskich była typową ulicówką. Pola należące do osadników położone były prostopadle do rzeki. Od niej dzielił je wał przeciw powodziowy. Przez środek wsi, równolegle do rzeki biegła droga przy której pobudowane były domy. Ziemia, którą otrzymywał osadnik była w jednym kawałku a poszczególne gospodarstwa oddzielał rów melioracyjny. Powierzchnia gruntu gospodarstwa wynosiła nawet 15 ha. Były to czasami wąskie 150 metrowe pasy ziemi ciągnące się przez kilometr. Gmina mennonicka otrzymywała dodatkowo teren w dzierżawę, na którym stawiano szkołę, zbór, zakładano cmentarz. Innym typem była wieś zakładana w celu zasiedlenia podmokłych i okresowo zalewanych terenów mocno porośniętych drzewami. Osadnicy otrzymywali zezwolenie na wykarczowanie drzew. Pośrodku wykarczowanego obszaru budowano dom. Do głównego traktu doprowadzano drogę. Gospodarstwo i przyległe do niego grunty miały kształt kwadratu lub prostokąta. Krajobrazu dopełniały rowy i stawy melioracyjne odprowadzające nadmiar wody z ziemi. Przed niszczącymi skutkami powodzi mieszkańców osad chroniły wały przeciwpowodziowe i sztucznie usypane pagórki, na których stawiano domy. Wierzby i topole nasadzane wzdłuż dróg prostopadłych do rzeki chroniły domostwa przed niszczącą siłą płynącej kry. Zagroda składała się z budynku. (Jednego budynku???) Pod jednym dachem mieściła się część gospodarcza (obora, stajnia, stodoła) i część mieszkalna. Dom był duży, z bardzo wysokim dachem. Zagrożenie powodzią wymagało by cały dobytek znajdował się pod jednym dachem: ludzie, zwierzęta oraz pożywienie dla nich na okres, kiedy wylewająca rzeka odcinała gospodarstwo od świata. Budynki gospodarstwa stawiano na naturalnych lub sztucznie usypanych wzgórzach. Usypana platforma mogła mieć 3-4 m wysokości, 20 m szerokości, 60 m długości. Na początku, na palach stawiano budynek, a następnie posypywano ziemią. Dom stawiano frontem w kierunku rzeki, częścią mieszkalną w górę rzeki. Podczas powodzi nurt rzeki przepływający przez zalane budynki, wypłukiwał nieczystości z obory, stajni, chlewni, nie zanieczyszczając części mieszkalnej. By spływająca kra nie niszczyła domostwa sadzono przy szczycie od strony nurtu wierzby i topole. Dziś mogą dziwić nas niskie wały przeciw powodziowe, przez które bez trudu przedostawała się woda. Ale Holendrzy nie bali się rzeki. Woda tylko na czas powodzi zalewała piwnice i parter chałupy. W tym czasie ludzi, zwierzęta i cały dobytek przenoszono na strych. Tam przeczekiwano najtrudniejszy czas. Wylewająca rzeka to nie tylko zniszczenie to także: naniesiony muł, który użyźniał pola, czyściła chlewnie i obory, a wypłukany nawóz zatrzymywany był na pola przez specjalnie plecione rozstawiane pomiędzy drzewami wiklinowe płotki. Ważnym elementem architektury po mennonickiej były zbory. Na początku drewniane, a z biegiem czasu murowane. Surowe w formie i skromne w wystroju na stałe wpisały się w nadwiślański, mazowiecki krajobraz. Ich piękno możemy podziwiać jeszcze w Wiączeminie, Nowym Troszynie i Nowym Wymyślu. Śladem po mennonickich zborach są opuszczone cmentarze, których dziś już nikt nie odwiedza. Charakterystyczne stelle pokryte motywami, znakami symbolizującymi zmartwychwstanie. Dopełnieniem są piękne inskrypcje mówiące o skromności, oddaniu Bogu, pokorze, miłości bliźniego i miłosierdzia. To na terenie zamieszkiwanym przez „Olędrów” krajobraz wydaje się najbardziej polski niż w innych częściach Mazowsza, tu najczęściej można spacerować wiejską drogą wysadzaną wierzbami tak charakterystyczną i związaną z od stuleci z obrazem polskiej wsi. Osadnictwo holenderskie to wspaniały przykład jak można koegzystować z naturą, czerpać wiele korzyści, a jednocześnie nie niszczyć jej. W dobie rozwoju techniki może być dla nas przykładem jak człowiek powinien korzystać z ekosystemu i czerpać to co dla niego niezbędne, a równocześnie nie „podcinać gałęzi, na której siedzi”, nie niszczyć świata, którego jest częścią. To również przykład jak dwie różniące się społeczności mogły przez wiele stuleci żyć obok siebie bez konfliktów, i jak wiele mogły nauczyć się od siebie. Bibliografia -2004 Szałygin Jerzy,Katalog zabytków osadnictwa holenderskiego na Mazowszu, Warszawa. 2003 Kaniewska Maria Mennonici, "Spotkania z Zabytkami”, nr.9,Warszawa.
[1] J.Szałygin „Historia osadnictwa holenderskiego na Mazowszu”,2004, str.171, fragment inskrypcji z grobu Henryka Nikla ,znajdującego się w Kazuniu Nowym.
|
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
Michał Rydlewski·, Luisa Malinowska··
Wielokulturowość - bogactwo czy przekleństwo ludzkiego zróżnicowania?
Kwestią, która fascynuje etnologów, jest kulturowe zróżnicowania ludzkiego świata. Dlaczego ludzie są różni i co wynika z ich wspólnych relacji? Antropologia kultury jest myślowym projektem opowiadania o ludziach żyjących w różnym czasie i przestrzeni, którzy dysponują inna niż my mentalnością. Staramy się zrozumieć zachowania ludzi w ich własnych kategoriach, spojrzeć na świat poprzez ich kulturowe okulary. Naszym zdaniem, warto prezentować antropologiczną wrażliwość na drugiego Człowieka, przejawiającą się w próbie zrozumienia jego sposobu widzenia świata oraz stać na straży przekonania, że wielość ludzkich światów jest bogactwem, a nie przekleństwem. Aby jednak twórczo korzystać z różnic pomiędzy nami, potrzebna jest otwartość na dialog. Nie każda kultura była zdolna zanegować sama siebie i ukonstytuować naukę, która będzie traktowała Innych nie jako gorszych od siebie, ale sobie równych. Tylko kultura europejska potrafiła dokonać takiego myślowego zabiegu – w tym sensie antropologia kultury jest „sumieniem białego Człowieka”, który nie zawsze traktował Innych z należnym szacunkiem, czego dowodem losy plemion indiańskich w czasie kolonizacji obu Ameryk. Uwrażliwianie na Inność jest podstawowym zadaniem etnologa, który przeciwstawia się skrajnemu etnocentryzmowi, czyli „mierzenia cudzego pola własna miara”. Warto spojrzeć na problemy wielokulturowości poprzez lokalny pryzmat miejsca, w którym się mieszka. Teren Mazowsza jest do tego szczególnie predestynowany. Historia losów żyjących tu ludzi różnego pochodzenia etnicznego (Żydów, Holendrów, Niemców, Polaków) jest użyteczna i pomocna w określeniu swojego stosunku wobec „obcych”. W tym kontekście przyglądając się zróżnicowaniu etnicznemu polskich ziem, warto docenić koegzystencję wielu narodów i religii, oraz podkreślić tragiczne skutki, jakie może przynieść niezrozumienie innych sposobów życia. Chcielibyśmy zaznaczyć, ze często nie zauważa się pozytywnego przenikania kulturowych wartości – bardziej poruszające są konflikty. Te ostatnie niestety istnieją, ale niekiedy tracimy z pola widzenia ogrom wzajemnego, twórczego korzystania z wiedzy Innych - słowem relacji kulturowych, nastawionych na czerpanie i korzystanie z dorobku sąsiadów, czego dobrym przykładem polskie kresy. Losy waszego regionu i miejscowości są Wam dobrze znane. Mamy nadzieje zaproponować Wam jak można skorzystać z tej wiedzy w szerszym kontekście wspólnoty wartości europejskich i globalizacji. Oboje jesteśmy pod dużym wrażeniem prężnie działającego Koła Historycznego przy Publicznym Gimnazjum w Bodzanowie, które potrafi docenić wartość wielokulturowego dziedzictwa. Wasze zaangażowanie w udokumentowanie lokalnej historii, dziejów bodzanowskich Żydów, wystawy („Żydzi – swoi czy obcy”), ochrona pozostałości materialnych, budzi nasze największe uznanie. Wykazujecie zrozumienie dla Innych i nie ulegacie stereotypom, które są dzisiaj podsycane. W dzisiejszym świecie, w którym obok siebie mieszkają różne grupy etniczne, rodzi nowe pytanie o znaczenie bycia obywatelem społeczeństwa liberalno- demokratycznego oraz wypracowanie zasobu wartości zdolnych integrować rozmaite narody i kultury. Jesteśmy głęboko przekonani, że akceptacja wielokulturowości jest podstawowym wyznacznikiem wspólnoty europejskiej, a jej jedynym z ograniczeń jest brak akceptacji tych, którzy jej nie akceptują. Zdecydowanie łatwiej jest tolerować egzotyczne (z naszej perspektywy) zachowania, kiedy usytuowane są daleko od nas, łatwiej wtedy o dystans. Co jednak jeśli pojawią się blisko? Na to pytanie, w czasach w których przyszło nam żyć, odpowiedz jest konieczna, choćby dlatego, ze globalizujacy się świat po prostu nas do tego zmusza. Globalizacja to suma procesów kulturowych, ekonomicznych oraz demograficznych, z którymi mamy do czynienia w obrębie narodów, a które w coraz większym stopniu przekracza tradycyjnie rozumiane granice narodowe i państwowe, identyfikowane dodatkowo z granicami odrębnych kultur. Mamy wiec do czynienia z intensyfikacją relacji kulturowych na skalę światową, dzięki której zjawiska regionalne, pozostające wprawdzie w realnym oddaleniu geograficznym, wiążą się ze sobą, mają swoje każdorazowe odpowiedniki w innej części globu [ Wojciech J. Burszta, 1998, str. 158]. Jedna z cech globalizacji jest tak zwana deterytorializacja kultur, peryferyzacja centrum, czyli mówiąc najprościej rozmycie opozycji „My- tu, Wy- tam”. Między Tam a Tu zaczyna nie być różnicy. Turcy mieszkają w Niemczech, Asyryjczycy w Szwecji, Somalijczycy we Włoszech, Hindusi w Anglii a ludzie każdej narodowości zamieszkują – legalnie bądź nie – Stany Zjednoczone, Kanadę, czy Francję. W jednym mieście możemy spotkać wiele nacji, bowiem żyjemy obok siebie - w „jednym miejscu”. Świat zaczyna przypominać globalny supermarket, w którym każda narodowość, każdy sposób na życie, religia przechodzi obok siebie. Jakie są tego konsekwencje? Po pierwsze, spotkanie Innych niż My. Spotkanie z ludźmi z poza naszego kręgu kulturowego zmusi nas do rewizji stereotypów innych narodowości, będziemy musieli nauczyć się żyć w społeczeństwie wielokulturowym, czyli pamiętać o tolerancji dla innych sposobów na życie. Spotkamy także wiele problemów wynikających z bliskiego sąsiedztwa Innych, ale antropologia kultury stoi na stanowisku, że wzajemne stykanie się ludzi partycypujących w różnych tradycjach kulturowych pozwala, korzystając z innych doświadczeń i myślenia spojrzeć na świat w nowy sposób, co z kolei warunkuje pełniejsze siebie rozumienie. Naszym zdaniem, powinniśmy uczyć się wzajemności dla Innych i uczyć jej Innych – najlepiej swoim przykładem. Zdajemy sobie sprawę z trudności takiego podejścia, ale uważamy, że dialog obu stron może przynieść dobre efekty. Czy sobie z tym poradzimy? To będzie zależało od Nas i naszego stanowiska wobec przybyszów z innych części świata. Mam nadzieję, że nasz artykuł w jakiś sposób zachęci do refleksji nad tymi problemami i że razem „uzbrojeni” w antropologiczna wrażliwość będziemy mediatorami w sporach i konfliktach, że razem będziemy potrafili stworzyć świat (choćby lokalny), w którym nie trzeba sobie schodzić z drogi, ale tę drogę razem przemierzać. Zachęcamy do definiowania siebie i swojej tożsamości, bowiem tylko jej siła stanowi o sukcesie w wielokulturowym świecie i dzięki niej możliwe staje się ciągłe „przesuwanie” granicy tolerancji dla Innych, która nie będzie zagrożeniem, ale bogactwem dla nas samych. Historia myśli antropologicznej jest dowodem na poparcie tezy, że wiedza o swojej kulturze, tożsamości warunkuje większą tolerancję dla innych kultur umożliwiającą jej poznanie i zrozumienie a nie traktowanie ich „inności” jako czegoś gorszego. Gdy widzimy Innych, jako nam Równych, wtedy jesteśmy gotowi do pokojowego wymieniania doświadczeń. W tym sensie, działacze Koła Historycznego przy Publicznym Gimnazjum w Bodzanowie, wykazali się niezwykłym zmysłem antropologicznym, nadając jednemu z realizowanych przez siebie projektów w 2004 roku tytuł „Wiem więcej jestem bardziej tolerancyjny”. Po drugie, w zderzeniu z innymi wartości będziemy musieli dokonać przeglądu naszych własnych. Ich wartości będą lustrem dla naszych. Zgadzam się, ze globalizacja może jest i może być doskonałą pożywką dla zdefiniowania siebie samego [Wojciech J. Bursza, 2004, str. 114]. Gdy globalizujący się świat wymaga od nas bycia „jednym miejscem”, wyznawania tych samych wartości, można w zachowaniach ludzi zauważyć tendencję przeciwną: szukania stabilizacji i poczucia sensu w swoich korzeniach, tradycjach, pochodzeniu i podkreślania swojej odrębności. Uważamy, podobnie jak Wy, że warto uczyć się historii, bowiem ona pokazuje jak istotna jest pokojowa egzystencja pomiędzy grupami etnicznymi i narodowymi na wspólnym terenie. Spoglądając przez okno historii warto być dumnym z rodzimych tradycji uczących pokojowego postępowania wobec innych sposobów na życie. Przykładem są wydarzenia z dziejów Mennonitow na polskich ziemiach. Ich losy, począwszy od przybycia w 1549 roku do exodusu w 1945 roku, pokazują, jak bardzo mylą się Ci, którzy uważają za mniej „cywilizowanych” ludzi wcześniejszych epok. Jest cos paradoksalnego w fakcie, ze sprowadzeni do Polski Mennonici (wygnani z Fryzji) cieszyli się swoboda religijną w XVI wieku, a trzysta lat później zostają przymusowo wysiedleni przez władzę komunistyczna. Fundamenty wiary nie pozwalały holenderskim przybyszom odbywać służby wojskowej, bowiem założenia doktryny mówiły o kierowaniu się zasadą miłości i pokojowych relacjach. Było to powodem migracji części grupy mennonickiej z Rosji do Polski po wydaniu w 1873 roku ukazu cara Aleksandra powołujących ich do wojska. Znacznie lepszym rozwiązaniem wykazało się polskie Ministerstwo Spraw Wojskowych, które w 1925 roku zwolniło żołnierzy wyznania mennonickiego od składania zwykłej przysięgi, zastępując słowo „przysięgam” słowem „tak”, tak aby nie kolidowało to z przyjętymi założeniami religijnymi. W sześć lat później wydano specjalną instrukcję, na mocy której, Mennonici mogli służyć w batalionach sanitarnych [Jerzy Szałygin, 2004, str. 20- 21]. Na przykładzie tych dwóch sytuacji widać, że rację mieli przedstawiciele „nurtu humanistycznego” polskich nauk o kulturze (m. in Znanieckiego, Obrębskiego, Wasilewskiego) w okresie międzywojennym, twierdząc, że warunkiem twórczego i pokojowego współistnienia narodów i grup etnicznych jest silne, niezagrożone poczucie własnej tożsamości kulturowej [Janusz Mucha, Wojciech Olszewski, 1997, str. 143]. Poglądy te, oczywiste dla ówczesnych socjologów i etnologów, nie były takimi w oczach polityków. Niestety nie są respektowane także dzisiaj, o czym świadczy ilość konfliktów narodowo- wyzwoleńczych w obronie swojej kulturowej niezależności (na przykład wojna rosyjsko- czeczeńska). Warto snuć namysł nad tym, kim jesteśmy i kim będziemy jako Europejczycy, Polacy, mieszkańcy Mazowsza i czy w ogóle będzie to miało dla nas jakiekolwiek znaczenie. Namawiamy do krytycznego przyglądania się samym sobie, jako istotach podległych globalnej kulturze i ciągłego mnożenia pytań o sens wyznawanych wartości. Antropologia kultury stara się patrzeć z pewnego oddalenia i pozwala lepiej zrozumieć siebie jako jednostkę uwikłaną w kulturowe sieci. Co przyniesie nam globalizacja, zależy tylko od nas, od naszej wiedzy i naszego poziomu kulturowej świadomości. Zglobalizowana kultura wcale nie musi być zagrożeniem, bowiem pozwala odnaleźć furtki dla poszukiwania rzeczy ciekawych, które mogą wiele nauczyć i wiele uświadomić.
LITERATURA
|
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
[1]
J. Snopko, Polskie Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” w Galicji 1867-1914,
s. 7.
[2]
K. Toporowicz, Zarys dziejów „Sokoła” na ziemiach polskich w latach
1867-1947, s. 8. w: Z dziejów
Towarzystw Gimnastycznych „Sokół”, prac. zbior. pod red. Z. Pawłuczuka,
[3]
Wielka Encyklopedia PWN, t. 25, s. 340.
[4]
Ibidem.
[5]
K. Toporowicz, op. cit., s 10.
[6]
Ibidem, s. 10.
[7]
Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” Polowe Drużyny Sokole, strona
internetowa, 25.04.2006 r.
[8]
K. Toporowicz, op.cit., s. 11.
[9]
Z. Pawluczuk, Adam Michał hr Zamojski i jego rodzina w polskim i
międzynarodowym ruchu sokolim, w:
Z Najnowszej Historii Kultury Fizycznej w Polsce, prac. zbior. pod red. Bernarda Woltmana, t. 5, s. 99.
[10]
K. Toporowicz, op.cit., s. 14.
[11]
Muzeum Historyczne m. st. Warszawy, strona internetowa, 24.04.2006 r.,
podaje, że w okresie
międzywojennym liczba członków wzrosła z około 40 tysięcy w 1920 r. do 120 tysięcy w 1938 r.
[12]
K. Toporowicz, op.cit., s. 15.
[13]
Historię rodziny Mieczkowskich barwnie przedstawił syn Stefana Zbigniew
Mieczkowski w książce,
Horyzonty wspomnień,
[14]
APPŁ, Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” Gniazdo w Bodzanowie 1926-1931,
sygn. 1 k. 43.
[15]
Ibidem, s. 80.
[16]
Ibidem, s. 101, 104.
[17]
Ibidem, s. 56.
[18]
APPŁ, Starostwo Powiatowe w Płocku 1918-1939, sygn. 64, s. 101-107, sygn.
15, s. 368-370;
Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” Gniazdo w Bodzanowie 1926-1931, sygn. 1 k. 39, 79. |
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
Ruch naturalny ludności wyznania mojżeszowego w gminie Bodzanów w latach 1826-1892
Historia ludności żydowskiej w Bodzanowie, a tym bardziej jej ruchu naturalnego, nie była nigdy przedmiotem żadnych opracowań. Być może miała na to wpływ specyfika miasta, bardzo ubogiego, źle rozbudowanego, o charakterze rolniczym, bez żadnego przemysłu i mało znaczącego w historii. Przywilej z 1436 roku wydany przez Bolesława Mazowieckiego nadawał mu prawa miejskie, jednak w 1869 roku został mu odebrany, co już zupełnie pogrążyło tę miejscowość. Bodzanów nie był więc wdzięcznym obiektem badań. Okres, któremu poświęciłam poniższy artykuł jest czasem wielkiego rozwoju ludności wyznania mojżeszowego w Królestwie Polskim. To właśnie wówczas wyrósł na ziemiach polskich chasydyzm, to właśnie wówczas przybrały tempa procesy asymilacyjne i emancypacyjne tej społeczności. Był to jednak okres wzmożonych represji władz wobec Żydów i jednocześnie bardzo ważnych wydarzeń w kraju – powstanie listopadowe, styczniowe, wiosna ludów. Teren objęty badaniami obejmuje gminy: Bodzanów, Mała Wieś, Bulkowo, Staroźreby, Radzanowo i Borowiczki, a więc lwią część powiatu płockiego. Liczba ludności objęta tą ewidencją jest jednak zaskakująco mała. Moim celem jest przedstawienie ruchu naturalnego ludności żydowskiej w gminie Bodzanów w latach 1826-1892. Materiałem źródłowym są akta stanu cywilnego wyznania mojżeszowego gminy wyznaniowej Bodzanów. Stan rejestracji aktów ślubu w gminie Bodzanów z lat 1826-1892 nie jest kompletny. Irena Gieysztorowa we „Wstępie do badań demografii staropolskiej” zwraca uwagę na duże zaległości w rejestracji żydowskiej w województwach centralnych na przełomie XIX i XX wieku. Zaległości te przybierają tym większe rozmiary im bardziej cofamy się w przeszłość. Wynika to najprawdopodobniej z małych wymogów statystyki rosyjskiej pozwalającej na duże nieścisłości, zwłaszcza danych dotyczących wyznań niechrześcijańskich. Luki w zapisach mogą wynikać również z faktu, że sam obrzęd ślubu żydowskiego nie miał charakteru ściśle urzędowego. Aby był prawomocny musiał się odbyć publicznie. Ketuba była jedynie moralnym i materialnym zabezpieczeniem żony. Ślub aby był ważny nie musiał dokonać się przed obliczem rabina. Mogła to uczynić inna pobożna osoba. To zapewne sprzyjało braku rejestracji nowozaślubionych. Wydaje się mało prawdopodobne aby przez 10 lat (tj. 1830-1840) w całej gminie Bodzanów zawarto tylko jeden związek małżeński. Tymczasem liczba urodzeń w tym samym okresie utrzymywała się na poziomie 6-10 dzieci rocznie. Dwa lata zupełnie są pominięte w tej statystyce. Częste są też przypadki urodzeń dzieci młodych rodziców, których aktu małżeństwa wcześniej nie zanotowano. Jedyne wytłumaczenie tego faktu to takie, że osiedlili się oni w Bodzanowie będąc już małżeństwem. Stan zachowania ksiąg ślubów wyżej wspomnianej gminy jest dobry. Mają one format arkusza A-4. Rejestracja prowadzona była w układzie chronologicznym. Treść aktów rozpoczynano od nazwy miejscowości. Dalej następowała datacja (od 1842 podwójna – według kalendarza aktualnie obowiązującego w Królestwie i według kalendarza juliańskiego), imiona i nazwiska nowożeńców, często podawano zawód małżonka lub wzmiankę, że mieszka z rodzicami oraz stan cywilny i miejsce zamieszkania. Na końcu zaś umieszczano imiona i nazwiska świadków ceremonii i samego celebranta. Na ogół pojawiała się wzmianka o umowie przedślubnej. Punktem wyjścia analizy demograficznej jest wykres obrazujący roczne liczby ślubów w gminie Bodzanów w latach 1826-1892. Wynika z niego, iż najwięcej małżeństw zawarto w 1877, 1881 i 1890. Podejrzewam, iż nic innego nie miało na to wpływu jak tylko próba odrobienia zaległości w zapisach z poprzednich lat. Co prawda nie pojawiają się daty wsteczne jak to miało miejsce w przypadku zapisów urodzeń i zgonów. Myślę jednak, że podobny proceder miał też miejsce w tym przypadku.
Były lata kiedy w ogóle nie zanotowano małżeństw. Przyczyny takiego stanu rzeczy mogły być różne. Najbardziej prawdopodobną wydaje się brak rejestracji związków zawartych w tych latach. Bardzo możliwe, że miały też na to wpływ działania wojenne na Mazowszu, nieurodzaj w 1830 roku i epidemia cholery w 1831 roku. Epidemia jest jednakże najmniej prawdopodobną przyczyną spadku liczby ślubów, bowiem w aktach zgonów nie zanotowano zwiększonej umieralności. Być może przed epidemią uchroniła Żydów wielka dbałość o higienę osobistą, choć wadliwa rozbudowa osady na pierwszy rzut oka nasuwa ujemny sąd o stanie higieniczno-sanitarnym. Najwięcej związków zawarto między kawalerami i pannami. Liczba ta stanowi 87 % ogółu. Nie cieszyły się popularnością związki między wdowcem i wdową. W badanym okresie nie zanotowano takich. Podobnie było w przypadku kawalera i wdowy. Dla młodych mężczyzn nie była zbyt dobrą partią kobieta posiadająca już własne dzieci. Natomiast wdowcy chętnie żenili się z pannami. Związki takie stanowiły 10% ogółu. Wdowcy mając już własne potomstwo nie chcieli się dodatkowo obciążać wychowaniem dzieci żony. Powtórne małżeństwa w społeczności żydowskiej nie były częste. Wynikało to najprawdopodobniej z faktu, że umieralność osób w dojrzałym wieku stanowiła mały odsetek ogółu. Kobiety rzadziej umierały. Małżeństwa w społeczności żydowskiej zawierano zazwyczaj w młodym wieku. Żydzi uważali, iż „mężczyzna jest pełnoletni gdy ma 13 lat i 1 dzień ma już znaki dojrzałości. Jeżeli zaś nie ma albo tego wieku albo tych znaków, uważany jest za dziecię, a to aż do 35 lat i 1 dnia, jeżeli przed tym czasem nie okażą się znamiona niepłodności”. To samo dotyczy kobiet. Jedynie dolna granica wiekowa jest przesunięta o 1 rok i wynosi 12 lat i 1 dzień. Małoletni mężczyzna i nieletnia kobieta nie mogli zawierać związków małżeńskich. W gminie Bodzanów Żydzi pobierali się najczęściej mając 15-24 lata. Norma ta odnosi się zarówno do kobiet jak i do mężczyzn. Niemile widziana była duża różnica wiekowa u nowożeńców. Natomiast nie miało znaczenia czy mężczyzna jest starszy czy młodszy od kobiety. Za to, żeby para była dobrana był odpowiedzialny swat. Swatanie było dochodowym zajęciem, przynosiło 1,5-2% sumy stanowiącej posag panny młodej. W rodzinach bardzo religijnych młodzi często w ogóle się nie znali. To swat przeprowadzał decydujące rozmowy z rodzinami. Dopiero po nich młodzi mogli, często po raz pierwszy się obejrzeć. W Talmudzie – świętej księdze żydów jest powiedziane, że dobrze dobrana para równa się cudowi przejścia Żydów przez Morze Czerwone. Dlatego też wybór żony uważano za rzecz bardzo trudną. Mówiono „śpiesz się przy kupowaniu ziemi, żonę wybieraj powoli”, co według Talmudu znaczyło, że należy zwracać uwagę na rodzinę wybranki, a szczególnie na charakter jej braci. Nade wszystko cenione były córki uczonych. Duże znaczenie miała też uroda dziewcząt. Za najlepszą porę do zawierania ślubów uważano początek lub koniec sezonu rolniczego, jako, że wesela trwały często kilka dni. Za odpowiednie dni na urządzanie tej uroczystości uważano wtorek lub piątek. Wtorek dlatego, że przy tworzeniu świata Bóg trzeciego dnia wypowiedział dwukrotnie „jest dobrze”. Piątek zaś dlatego, że tego dnia Bóg stworzył człowieka. Istotny był też fakt, że piątek to początek szabatu, więc biedni mogli jednocześnie świętować dwie uroczystości na raz. Nie należało brać ślubu podczas trwania żałoby i postów: trzydzieści dwa omery, trzy tygodnie tamuz do 9 aw, 10 dni Jamim Noraim. To samo odnosiło się do 30 dni po śmierci krewnych. Nadto wdowiec powinien był poczekać trzy święta, chyba, że po śmierci żony pozostał z małymi dziećmi. Analiza aktów urodzeń gminy żydowskiej w Bodzanowie w latach 1826-1892 ujawniła w sposób najbardziej widoczny niekompletność rejestracji ludności wyznania mojżeszowego. Na ten fakt zwraca uwagę Irena Gieysztorowa dowodząc, iż badania statystyczne w województwach centralnych są niepełne a ich analiza prowadzi do wniosków wręcz urojonych. Podobnego zdania jest S. Szulc zajmujący się demografią byłego Królestwa Polskiego. Według jego badań luki w rejestracji urodzeń żydowskich w początkach XX wieku można określić na 65 %. Przyczyna braków było dokonywanie rejestracji dzieci żydowskich dopiero w okolicznościach wymagających przedstawienia świadectwa urodzenia, zazwyczaj w wieku rozpoczynania nauki. Dlatego dzieci wcześniej zmarłe wypadały z ewidencji. Stan zachowania ksiąg wyżej wspomnianej gminy jest dobry. Mają one format arkusza A-4. Rejestracja prowadzona była w układzie chronologicznym. Treść aktów rozpoczynano od nazwy miejscowości. Dalej następowała datacja (od 1824 roku podwójna – według kalendarza aktualnie obowiązującego i według kalendarza juliańskiego), imiona i nazwiska świadków (często jednym z nich był ojciec nowonarodzonego) ich wiek i zawody. Tuz po nich następowała data urodzenia dziecka, imię i nazwisko panieńskie jego matki. Akt urodzenia kończyło imię nowonarodzonego. Punktem wyjścia analizy demograficznej jest wykres obrazujący liczbę urodzeń w gminie Bodzanów w latach 1826-1892. Duże wahania roczne mogą skłaniać do wniosku, iż zaledwie kilkanaście procent zapisów odnosiło się do urodzeń z roku bieżącego, natomiast reszta dotyczyła urodzeń z lat wcześniejszych. W części aktów jest odnotowywana data urodzenia i data dokonania wpisu. Przypuszczać jednak należy, że dane co do roku urodzenia, wieku rodziców nie są wiarygodne. Częste są sytuacje gdzie matka rodząca dzieci w odstępie kilku lat ma niezmiennie ten sam wiek. To samo dotyczy ojców, a przede wszystkim świadków. Najwięcej zapisów z lat poprzednich pojawia się na przełomie lat 80-tych i 90-tych.. Najprawdopodobniej wówczas próbowano uzupełnić zaległe informacje o urodzeniach. Zdarzają się przypadki zgłaszania urodzeń dzieci już kilkuletnich. Trudno więc uwierzyć w dokładność daty dziennej a nawet rocznej zgłaszanego urodzenia. Spóźnienia kilkuletnie można tez uznać za pośredni dowód, iż nie wszystkie urodzenia były wówczas zgłaszane. Lata 30-te jak również lata 70-te XIX wieku charakteryzuje spadek liczby urodzeń. Lata 1830-1832 można by tłumaczyć: w okresie przewrotów politycznych i społecznych statystyczna stagnacja ludnościowa była często przejawem rozprężenia w prowadzeniu ksiąg. Można poddać krytyce nawet podział ludności w tych latach według: płci, wieku, stanu cywilnego i rodzaju wykonywanej pracy.
|
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
|
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||